Predatortour to obecnie największe spinningowe zawody w Europie. Olbrzymia liczba zespołów, olbrzymie łowisko i olbrzymie ryby. O ile zawsze miałem nadzieję na wygraną, to realnie uważam, że ze wszystkich zawodów, w których biorę udział, to w Predatortour prawdopodobieństwo zwycięstwa jest dla mnie najniższe. Co prawda World Predator Classic są technicznie trudniejsze, to uczestniczy w nich mniejsza liczba załóg i formuła bardziej pasuje pod mój styl wędkowania. Jednak w tym roku ja i Richard czuliśmy się wyjątkowo mocni i po cichu pojawiały się myśli o dobrym wyniku. Tyle, że pojawią się chyba zawsze a ryby weryfikują wszystko. Tak właśnie było podczas treningów…
Mieliśmy 5 dni na rozpoznanie wody i dobranie odpowiedniej taktyki. Pierwszy dzień rozpoznaliśmy okonie i sandacze. O ile z sandaczami raczej nigdy nie mamy problemu, to okonie bywały dla nas problemem. Tym razem, gdzie nie popłynęliśmy tam je łowiliśmy. Płytko, głęboko – nie miało znaczenia. Dlatego pozostałe dni poświęciliśmy szczupakom i tu zaczęły się poważne schody.
Nie znajdowaliśmy ich w toni, na strukturach było ich wyjątkowo mało i raczej świetnie się maskowały, więc skupiliśmy się na klasycznym płytkim łowieniu w trawach.
Wyniki były delikatnie rzecz ujmując bardzo średnie. Poza jedną bardzo wyjątkową rybą (której poświęcę oddzielny wpis), łowiliśmy mało szczupaków i do tego bez okazów. Dodatkowo pierwszy dzień zawodów zapowiadał się bardzo wietrzny i wiedzieliśmy, że większość moich dobrych miejscówek zostanie wykluczona z łowienia.


Pierwszego dnia postanowiliśmy nie kombinować i obławialiśmy trawy, do których dało się w miarę bezpiecznie dopłynąć. No i tutaj właśnie powiało nam pod narty – dość szybko trafiłem rybę 112 i niedługo potem poprawiłem 101. Jakby tego było mało, niewiele zabrakło a wyjechałaby jeszcze ryba 115+. Niestety po tej rybie wszystko ucichło i do końca dnia już nie zaliczyliśmy szczupaczego brania, a jedynie dołowiliśmy sobie sandacza 73 cm, w krótkiej przerwie od ciężkiej pajkowej orki. Tak czy siak, był to bardzo dobry zadatek na dalsze dni.
Plan na drugi dzień był bardzo prosty – łowimy dalej szczupaki na płyciznach, a jak trafimy komplet to lecimy na okonie. Jeśli uda się złowić komplet okoni, to zaczynamy to co lubimy najbardziej, czyli łowienie sandaczy. O dziwo poszło zgodnie z planem. Najpierw zamknęliśmy szczupaki rybą 70 cm a po kilkudziesięciu minutach podbiliśmy ją na 94cm. Nie do końca byliśmy usatysfakcjonowani tym rozmiarem, ale nie mogliśmy tracić więcej czasu na kaczodziobe i polecieliśmy na okonie. Z pasiakami poszło mniej więcej jak się spodziewaliśmy, stawiały opór 🙂 Kilka miejscówek było pustych i wszystkie ryby musieliśmy mozolnie wydłubać z dość mocno przecwelonej okolicy. Jednak ryby 42, 47 i 49 dawały nam średnią 46, czyli wystarczająco dobrą żeby przełączyć się na sandacze.
Została nam ponad godzina, więc nie liczyliśmy na fajerwerki, a mimo to poszło lepiej niż się spodziewałem. Trafiliśmy ryby 74, 77 i 80. Co dało nam pierwsze miejsce po dwóch dniach z dość dużym zapasem.

Wynik jaki mieliśmy dawałby zwycięstwo rok wcześniej, ale przeglądając karty innych zawodników, czułem że jest kilka teamów, które w przypadku trafienia na duże szczupaki mogą nas przeskoczyć. Plan na dzień trzeci był prosty – podbić szczupaka i 2 sandacze. Udało się połowicznie. Zaczęliśmy dla odmiany od sandaczy i podbiliśmy najmniejszą rybę na 76. Potem ruszyliśmy na szczupaki i tutaj przez 90 minut nie zaliczyliśmy brania. Wróciliśmy więc do sandaczy, ale niestety jedyne ryby jakie złowiliśmy to sztuki w przedziale 70-75. Przez chwilę próbowaliśmy podbić okonia 42 cm, ale niestety zaliczyliśmy tylko jedno branie. W międzyczasie, na godzinę przed końcem, zostaliśmy przeskoczeni o 3 punkty, przez zespół który trafił piękne szczupaki. Czułem jednak, że to jeszcze nie koniec i mamy szansę na dużego sandacza lub okonia. Zdecydowaliśmy się na sandacze, bo w nich czujemy się najlepiej. Niestety trochę się minęliśmy z okresem ich żerowania i przez bardzo długi czas nie mogliśmy znaleźć żadnej sensownej ryby. Nagle na 20 minut przed końcem razem z Richardem zauważyliśmy dużą rybę. Ze względu na duży wiatr, zdecydowaliśmy się, że ja będę rzucał do tej sztuki. Czułem się trochę jakbym wykonywał rzut karny w finale mistrzostw świata 🙂 Pierwszy rzut był OK, ale ryba zignorowała przynętę. Postanowiłem nie zmieniać wabika i spróbować jeszcze raz. Tym razem sandacz ruszył, ale dość mało agresywnie. Nie był to dobry sygnał, ale z jakiegoś powodu czułem, że weźmie i … się nie pomyliłem. Hol był mega emocjonujący, ale nie ze względu na waleczność ryby (bo została wręcz wyrwana z wody), ale ze względu na wagę punktową. Wiedziałem, że jeśli wyląduje w podbieraku to już nie oddamy zwycięstwa.


Okrzyków radości nie brakowało. Zazwyczaj jestem mało emocjonującą się osobą, ale tutaj pozwoliłem sobie pofolgować 🙂 Dobrze, że kamera transmitowała jedynie obraz na żywo bez dźwięku 🙂
Sandacz miał 84 cm i dał nam blisko 5 punktów przewagi. Pozostałe 20 minut były jednymi z najdłuższych w moim zyciu, ale na szczęście już nic się nie wydarzyło i nasze zwycięstwo stało się faktem!





